4 krańce Europy - etap pierwszy, Gavdos

Relację z naszej wyprawy znajdziecie również na stronach National Geographic.

Dzień 1
Spod klasztoru oo. Benedyktynów w Tyńcu wyruszyło wczoraj 6 śmiałków marzących o zdobyciu na dwóch kółkach „4 krańców Europy”. Pierwszym skrajem Starego Kontynentu, na który chcą dotrzeć jest wyspa Gavdos w Grecji. Czeka ich pokonanie blisko 3600 km! Po oficjalnym pożegnaniu przez wiceprezydent miasta Krakowa – Panią Elżbietę Lęcznarowicz, skierowali rowery w kierunku granic naszego południowego sąsiada – Słowacji. Trasa na mapie wydawała się łatwa i pokryta asfaltem. Już pierwsze pokonane kilometry zweryfikowały te optymistyczne założenia. Po zdobyciu wielu podjazdów w Beskidach (Makowskim oraz Żywieckim) i przejechaniu 136 kilometrów dotarli późną nocą do pierwszego noclegu – Chochołowa.

Dzień 2 i 3
Przez ostatnie dwa dni przejechaliśmy całą Słowację! Trasa obfitowała w piękne tereny słowackich Parków Narodowych (Tatry oraz Niskie Tatry). Podczas ostatnich 192 km naszej podróży nie brakowało stromych wzniesień, ale rekompensowaliśmy sobie to długimi i krętymi zjazdami. Podjazd na Sedlo Čertovica (przełęcz) 1232 m n. p. m. był dla nas pechowy. Tam właśnie natknęliśmy się na dwie awarie: pęknięta szprycha i przedziurawiona sakwa. Na szczęście po szybkim usunięciu awarii ruszyliśmy dalej. Podczas ostatnich dwóch dni spotkaliśmy innych sakwiarzy: Kanadyjczyków przemierzających trasę z Bukaresztu do Rzymu oraz Niemca jadącego z Passau do Wiednia. W trakcie szukania noclegów spotykaliśmy się z bardzo pozytywnymi reakcjami. Wszyscy jednogłośnie stwierdziliśmy, że nie ma bardziej gwieździstego nieba niż na Słowacji! Dzisiaj ruszamy w kierunku Budapesztu!

Dzień 4
Ostatnie 2 dni obfitowały w wiele przeżyć. Pożegnaliśmy Bartka, który doznał kontuzji ścięgna Achillesa i nie dał rady dalej jechać. Obiecał jednak, że jak tylko wyleczy nogę to wróci, aby kontynuować podróż na południe. Po długim i upalnym dniu, ok. 22 dotarliśmy na nocleg, koło kościoła prawosławnego. Wieczór okazał się bardzo ciepły, więc zrezygnowaliśmy z rozbijania namiotów i spaliśmy pod gołym niebem.

Dzień 5
Uciekając przed upałem, wyruszyliśmy niemal skoro świt-o 7 rano! Pierwszy raz udało nam się tak sprawnie zebrać i tak wcześnie wyjechać, czuliśmy że to będzie wyjątkowy dzień. I tak było. Jadąc w kierunku Budapesztu, zatrzymaliśmy się w Fót, by zwiedzić zabytkowy kościół. Proboszcz z chęcią oprowadził nas po świątyni i podarował lokalny trunek-Tokaj. Odwdzięczyliśmy się zaproszeniem do Polski i pamiątkami z Krakowa. W Budapeszcie odwiedziliśmy polską Ambasadę, gdzie Pani Wicekonsul Monika Przyborowska i Pan Ambasador Roman Kowalski, poczęstowali nas kawą, wysłuchali relacji z podróży, oraz udzielili cennych wskazówek. Wieczorem nadszedł czas na zwiedzanie stolicy. Podczas zwiedzania nieszczęśliwym zbiegiem okoliczności, nasz aparat fotograficzny wpadł pod koła samochodu. Po tym smutnym akcencie, udaliśmy się spać.

Dzień 6
Nie bez kozery mówi się że Polak Węgier dwa bratanki. Życzliwość i przychylność Węgrów bardzo pozytywnie nas zaskoczyła. Jako ze podróżujemy z polskimi flagami każdy wiedział skąd jesteśmy. Często słyszeliśmy okrzyki Vivat Polonia, brawo, Poland go, itp. spotkaliśmy także bardzo oryginalne przywitanie, gdy mijający nas Węgier krzyknął ,, jeszcze Polska nie zginęła,,. Dziś po raz kolejny pokazali ze można na nich liczyć. Na nocleg przyjął nas Vages, który ugościł nas w ogrodzie oraz poczęstował nas Pálinka specyficzną smaku i słusznej mocy niczym polska śliwowica..

Dzień 7
Dzisiaj czas na Balaton! Piękna trasa wokół węgierskiego jeziora dala nam wiele satysfakcji. Wzdłuż Balatonu wiedzie kilka urozmaiconych tras rowerowych o łącznej długości 240 km! Istny raj dla cyklistów spragnionych kąpieli i pięknych krajobrazów. Jak zahipnotyzowani pedałowaliśmy do 2 w nocy :)

Dzień 8
Kolejny słoneczny dzień podróży. Dzisiaj minął tydzień od rozpoczęcia naszej wyprawy ku Gavdos. Witamy Chorwackie ziemie, żegnając tym samym braterskie Węgry. Tuz po przekroczeniu granicy naszym oczom ukazuje sie kukurydziany krajobraz oraz nieporównywalne do polskich drogi. Po dojechaniu do celu i rozbiciu namiotów zjawia sie policjant który prosi o zmianę lokalizacji naszego biwaku.

Dzień 9
Rankiem obudziły nas dziwne farmerskie odgłosy. Po wyjściu z namiotów okazuje się, że rozbiliśmy namioty na polu miejscowego rolnika, który przyjechał do pracy kosić trawę i miał do tego profesjonalny sprzęt - sprawdzona od pokoleń kosę. W ramach podziękowania pomogliśmy mu przy koszeniu trawy. Nasze koła skierowaliśmy ku stolicy Chorwacji - Zagrzebia, gdzie ugościła nas Dora, której siostra studiuje filologie polska. Wieczorem na rowerach Zwiedziliśmy Zagrzeb.

Dzień 10
Ostatni dzień sieronia powitaliśmy z lekkim porannym poślizgiem czasowym. Pożegnaliśmy się z Dorą, u której nocowaliśmy i z Anią naszą towarzyszką podróży, która musiała pilnie wrócić do Krakowa. Od teraz jedziemy w czwórkę. Opuszczając Zagrzeb korzystamy z zaproszenia na kawę, które otrzymaliśmy wczoraj od pracownika Ambasady Polski. Droga jest bardzo nużąca, temperatury  sięgają 40 stopni Celsjusza. Nie obeszło się bez usterek, Paweł przebił dwie dętki.

Dzień 11
Dzisiejszy etap podróży okrzyknęliśmy jak do tej pory najciekawszym i najładniejszym pod względem krajobrazowym. Zawitaliśmy dzisiaj do miejscowości Plitvickie Jezera, która słynie z jezior połączonych kaskadowymi wodospadami. Po 4 h zachwytu i zwiedzania Parku Narodowego udaliśmy sie na poszukiwanie noclegu. Ze znalezieniem miejsca biwaku nie mieliśmy problemu. Nasz gospodarz polaków kojarzył głównie z osobą Jana Pawła II o którym wyrażał się z wielkim szacunkiem. Po skosztowaniu domowej roboty nalewki, mając w pamięci cudne jeziora poszliśmy spać.

Dzień 12
Poranek zaczął sie bardzo ciekawie - wizyta policjanta. Po chwilowej konsternacji rozpoznaliśmy w mundurowym naszego gospodarza! Po pożegnaniu, wyruszyliśmy w góry... Droga wiodła przez przełęcz Mali Alan w górach Velebit. Jest to stara trasa łącząca Zadar z głębią kraju. Zbudowana w 1832r. stroma, szutrowa droga zapewniła nam dreszczyk emocji. Dzisiejsze pejzaże zdetronizowały krajobrazy którymi zachwycaliśmy się wczoraj. Naszym oczom ukazał sie widok na Adriatyk wraz z pasmem górskim. Droga wiodła serpentynami wzdłuż których znajdowały się tabliczki ostrzegające o zaminowanym terenie.. Lekko zaniepokojeni, nie odważyliśmy się zbaczać z szosy i nie ryzykować odnalezienia pozostałość po wojnie, która zakończyła sie raptem 16 lat temu.

Dzień 13
Kolejny słoneczny dzień naszej podróży. Trasa wiodła przez malownicze chorwackie wioski, gdzie życie płynie powoli, a czas jakby zatrzymał sie przed kilkunastoma laty. Po drodze krajobraz niczym z Holywoodzkich westernów - głębokie kaniony oraz stepy rozciągające się aż po horyzont. Zwiedzamy Park Narodowy Krka, który słynie z niesamowitych wodospadów. Mały sukces- udaje nam się zrealizować wszystkie punkty programu przewidziane na dzisiaj. Dojeżdżamy do Trogiru, gdzie z przyjemnością gubimy się w wąskich, urokliwych uliczkach miasta.

Dzień 14
Wstajemy bardzo wcześnie, ponieważ przed 7 rano musimy opuścić darmowy camping na którym spaliśmy. Ma to swoje plusy- zwiedzamy Trogir zanim pojawi sie masa turystów. Do centrum miasta, położonego na wyspie, dojeżdżamy w kilkanaście minut. Po zobaczeniu najważniejszych zabytków jakie oferuje Trogir wyruszamy do Splitu. Krótka, zaledwie kilkunasto kilometrowa droga, daje sie we znaki ze względu na wysokie temperatury. Split zachwyca nas palmami i szeroką promenadą. Z roweru zwiedziliśmy Pałac Dioklecjana, który z upływem lat wtopił sie w architekturę miasta. Stojąc w środku, spotkaliśmy grupę podróżników z Polski! Studentów podróżujących Busem przez świat. Noc spędziliśmy na plaży.

Dzień 15
Nocleg na plaży dobrze nam zrobił. Obudziła nas morska bryza - wstaliśmy wyspani i wypoczęci. W OmniŠ postanowiliśmy urozmaicić sobie trasę wybierając kręte serpentyny w górach. Niestety przypłaciliśmy to przymusowa przerwa w pokonywaniu kilometrów, spowodowaną burza. Pierwsze krople deszczu od początku wyprawy! Ale warto było, ponieważ zobaczyliśmy panoramę Makarską i widok na morze aż po horyzont.

Dzień 16
W tym dniu przekraczamy granice z Bośnią i Hercegowiną opuszczając tym samym Chorwacje, ale nie na długo ponieważ przejazd przez Bośnię to zaledwie ... 18 km. Jest to tylko droga tranzytowa. Skorzystaliśmy z uroku bośniackiej plaży i postanowiliśmy odpocząć kąpiąc sie w morzu. Kilka godzin później, znowu pojawiliśmy sie na terenie Chorwacji, zmierzając do Dubrownika.

Dzień 17
Dojeżdżamy do Dubrownika, który liczy zaledwie 30 tys mieszkańców, ale masa turystów sprawia, ze w sezonie miasteczko jest zatłoczone. Zwiedzanie zostawiamy więc na godziny wczesno ranne dnia następnego, tymczasem wygrzewamy się na lokalnej plaży, a później kosztujemy chorwackiego wina.

Dzień 18
Wstajemy o 5 rano i jedziemy zwiedzać perłę Adriatyku - Dubrownik. Choć ucierpiał podczas ostatniej wojny, odzyskał swoja świetność i dzisiaj przyciąga tłumy turystów. Po zwiedzeniu ruszamy w kierunku Czarnogóry. Tuż przed granica, spotykamy parę sakwiarzy - Australijkę i Kanadyjczyka, którzy są juz w podróży 87 dni. Ponieważ jechaliśmy w przeciwne strony, wymieniliśmy sie doświadczeniami z przebytych na rowerze krajów. Żegnamy kraj wina i lawendy - Chorwacje! Czarnogóra, już na sam początek wita nas długim i krętym zjazdem 

Dzień 19
Jak to na początek weekendu przystało - czas na odrobinę lenistwa. W świetle wstającego słońca, po nocy spędzonej na plaży, objeżdżamy większa część Boki Kotorskiej - zwanej często fiordem Adriatyku. Panuje tu klimat iście śródziemnomorski, dlatego tez postanawiamy popływać w zatoce , co zajmuje nam blisko 4 h. Po kąpieli w morskich falach ruszamy do Kotoru. To zabytkowe miasto, otoczone jest z jednej strony pasmem górskim Lovčen, z drugiej strony morzem. Wywiera na nas duże wrażenie. Zwiedzamy je do 3 w nocy.

Dzień 20
Po nocnym zwiedzeniu Kotoru i nocy spędzonej na plaży z widokiem na stare miasto, udajemy sie w kierunku największego kurortu turystycznego na wybrzeżu Czarnogóry - Budvy. Droga do tego miasta nie jest łatwa. Wyjeżdżamy z poziomu morza na przełęcz - 1006 m. n p. m. Z każdą kolejną pokonaną serpentyną ukazuje się nam co raz to piękniejsza panorama na Bokę Kotorską oraz miasta Tivat i Kotor. Po drodze spotykamy miłych Serbskich rowerzystów, którzy częstują nas lokalnym specjałem- Njeguški pršutem oraz czarnogórskim piwem Niseko. Po drodze mijamy byłą stolice Czarnogóry - Cetinje. Miasto sprawia wrażenie bardzo biednego i wymierającego. Po kilku godzinach pedałowania - czeka na nas blisko 18 km zjazd do Budvy!

Dzień 21
Po nocy spędzonej w Budvie, rano skoro świt wstajemy, naprawiamy zepsuta szprychę Grześka oraz piszemy kartki do przyjaciół. Ruszamy  w kierunku granicy z Albania! Po drodze odwiedzamy wizytówkę Czarnogóry - Sveti Stefan, wysepkę położoną na skalistym półwyspie. Nie udaje nam sie dostać do środka, ponieważ znajduje sie tam ekskluzywny kompleks hotelowy, często odwiedzany przez hoolywodzkie gwiazdy. Pod wieczór docieramy do Starego Baru, miasteczka, w którym panuje niesamowity klimat. Malownicze ruiny starego miasta liczącego blisko 2500 lat oraz widok na Adriatyk, przekonują nas do pozostania na noc w tym urokliwym miejscu. Szukając noclegu trafiamy na bardzo miłego, starszego Amerykanina, urodzonego w Czarnogórze, który nas przenocuje w swoim garażu.

Dzień 22
Dzisiaj żegnamy sie z Czarnogóra. Dzień rozpoczynamy śniadaniem w postaci pączków, którymi poczęstował nas Gospodarz.  Po przekroczeniu granicy, już po kilku kilometrach dostrzegamy duży kontrast pomiędzy Czarnogórą i Albanią. Przejeżdżając przez wioskę, podbiega do nas gromada dzieci zrywając polską flagę z naszego roweru- po krótkim namyśle oddają nam ją. Chcąc uniknąć dużego natężenia samochodowego, skręcamy w na mniej uczęszczaną drogę, co okazuje sie błędem. Droga jest w bardzo złym stanie technicznym, pełna dziur i wybojów wyprowadza nas ostatecznie na teren wojskowy. Na szczęście spotkany żołnierz wskazuje nam właściwy kierunek. Stwierdzamy jednogłośnie, ze dalszą podroż przez Albanie będziemy kontynuować głównymi arteriami. Kolejne kilometry w Albanii uczą nas, że kierowcy w tym kraju nie okazują wysokiej kultury jazdy, zwłaszcza w stosunku do rowerzystów. Kraj klaksonu! Wieczorem dojeżdżamy do miejscowości Lac, gdzie wokół nas gromadzi sie wiele osób, zainteresowanych naszym przybyciem. Czujemy sie nieswojo. Szczęście nam sprzyja, z pomocą przychodzi młody człowiek, mówiący po angielsku i zaprasza nas do domu. Albańska gościnność nie ma sobie równych! Zostaliśmy przywitani tradycyjnym obiadem, który zjedliśmy wraz z cala rodzina.

Dzień 23
Po pożegnaniu sie z gospodarzami, ruszamy w kierunku Tirany - stolicy Albanii. Zgodnie z wcześniejszym postanowieniem trzymamy sie głównych arterii. Trafiamy na "autostradę". Mijamy  po drodze radiowóz, ludzi przechadzających sie poboczem, rowerzystę jadącego pod prąd – zdumieni zadajemy sobie pytanie czy to aby na pewno autostrada? Do Tirany dojeżdżamy ok 13 i tutaj zostajemy juz do wieczora. Przechadzamy sie ulicami miasta, odwiedzamy Ambasadę Polski gdzie dowiadujemy się kilku ciekawostek na temat Albanii.

Dzień 24
We wtorek wieczorem dajemy skusić sie na pyszne lody jogurtowe w centrum Tirany. Niestety szybko się okazuje że nasze żołądki odwykły od słodkich smakołyków. Tym samym z przyczyn nie zależnych od nas, ze stolicy Albanii wyruszamy dopiero późnym popołudniem i robimy tylko 45 km. Trasa bynajmniej nie była polecana przez polskiego konsula - kręta i wąska droga pnąca sie po górach - ale dla widoków warto!:) Nocleg znajdujemy w pierwszym domu jaki napotykamy po zjeździe z gór - tuż przed przemysłowym miastem Elbasan. Furtkę otwierają nam małe dziewczynki Angela i Alexandra. Jak już wcześniej wspominaliśmy Albańska gościnność nie ma sobie równych. Zostajemy zaproszeni na balkon domu, gdzie zostajemy poczęstowani lokalnym piwem. Odwdzięczamy sie owocami:) Noc upływa spokojnie.

Dzień 25
O 7 rano żegnamy wspaniałych gospodarzy z Elbasanu i ruszamy w kierunku granicy z Macedonia. Po drodze mijamy dużo bunkrów - szacuje sie ze w całej Albanii znajduje sie blisko 600 tys. Obiektów tego typu, wybudowanych za rządów Envera Hodzy. Tuż po przekroczeniu granicy zjeżdżamy bardzo ostro w dół (10% nachylenia) To nam się podoba! Dojeżdżamy do turystycznej miejscowości Struga, gdzie postanawiamy zjeść pizze i poszukać noclegu. Śpimy na plaży nad Jeziorem Ochrydzkim.

Dzień 26
Na początek weekendu wjeżdżamy do Ochrydy tetniacej zyciem od wczesnych godzin porannych. Swoje pierwsze kroki kierujemy do serwisu rowerowego, gdzie lokalny mechanik dokonuje napraw naszych rowerów - centrowanie kół i regulacji przerzutek. Potem zwiedzamy malownicze uliczki starego miasta, podziwiając jednocześnie jezioro ochrydzkie. Późnym popołudniem idziemy spróbować lokalnych przysmaków. Miasto roi się od grupek ludzi wymalowanych w barwy narodowe. Dopiero w restauracji dowiadujemy sie, ze za pół godziny rozpoczyna sie bardzo ważny mecz koszykówki pomiędzy Hiszpanią a Macedonią. Zwiedzając miasto co jakiś czas z pobliskich barów dobiegają głośne okrzyki i brawa. My natomiast cieszyliśmy sie z piękna zabytków jakie oferuje letnia stolica Macedonii. Wieczorem od pary spotkanych hiszpańskich sakwiarzy dowiadujemy sie, że Macedonia przegrała kilkoma punktami, a nasi hiszpańscy znajomi zażartowali, że teraz będą podawać się za Włochów.

Dzień 27
Plan na dzisiaj: zwiedzamy znajdujący się tuż przy granicy z Albanią klasztor świętego Nauma. W mieście, na stromym zboczu, majestatycznie wznosi się stara cerkiew która pełni bardzo ważną role dla Grekokatolików. Przed świątynią i w jej okolicy spacerują pawie - które są chętnie dokarmiane przez turystów. Mieliśmy dzisiaj sposobność pomóc naszemu rodakowi który zgubił portfel wraz z wszystkim dokumentami, a który my znaleźliśmy. Dzięki temu mógł kontynuować swoja podróż autostopem do Grecji. Resztę dnia spędziliśmy wspinając sie na gore - podjazd liczył kilkanaście kilometrów i był bardzo wyczerpujący. Na domiar złego gdy zapadał zmrok, Pawel przebił dętkę co wymusiło na nas jazdę w nocy. Warto wspomnieć, że gdy staliśmy na poboczu naprawiając koło wielu kierowców zatrzymywało się pytając czy mogą nam jakoś pomóc.

Dzień 28
Dzień rozpoczynamy wjeżdżając do Bitoli - drugiego co do wielkości miasta  w Macedonii. Naszą uwagę przykuła cerkiew św. Dymitra w której kręcono film Peacemaker - dzięki temu mieliśmy deja vi, czuliśmy się, jakbyśmy odwiedzali te świątynię po raz wtóry. A kilkanaście kilometrów za Bitola wkraczamy wrzeszczcie do upragnionej Grecji! Pierwszą noc na greckiej ziemi spędzamy w altance we Florinie, gdzie śpi nam nad wyraz wygodnie.

Dzień 29
Kierujemy sie na południe. Od razu zaczynam dostrzegać uroki jazdy w Grecji - mały ruch i bardzo dobre drogi, a do tego wszystkiego piękne widoki. Tę sielankę zakłócają jedynie wizje czekających nas podjazdów. Góry pięne i bardzo wysokie- 1867 m.n.p.m które dają nam sie we znaki. Późnym popołudniem zaczyna sie chmurzyć, a wieczorem rozpoczyna się prawdziwa ulewa - tego sie tu nie spodziewaliśmy. Schronienie znajdujmy na stacji benzynowej. Noc spędzamy miedzy dystrybutorami - diesla i benzyny bezołowiowej super 95.

Dzień 30
Rano słowami: no problemo, no problemo! budzi nas właściciel stacji. Padający deszcz w dalszym ciągu nie zmył zdziwienia z naszych twarzy. Ciągle nie możemy uwierzyć w to że o tej porze w Grecji są takie ulewy. Właściciel stacji widząc nasze zatroskane miny częstuje nas kawą, która dodaje nam siły na dalsza podrożą. Mokry asfalt i kręte serpentyny są dla nas nie lada wyzwaniem - chwila nie uwagi kosztuje Antka potarganie kurtki i przedziurawienie sakw. Na szczęście nie odnosi poważniejszych obrażeń. 30 kilometrów przed Metorami ponownie rozpętuje sie ogromna  burza - dojeżdżamy przemoczeni i zmarznięci. Noc spędzamy na campingu.

Dzień 31
Dzień wita nas piękną, słoneczną pogodą. Wprost idealny czas na zwiedzanie słynnych klasztorów w Meteorach. Wiedzie do nich długa kręta droga - już to budzi nasz podziw dla mnichów którzy kilkaset lat wcześniej zdecydowali sie tu wznieść świątynie. Postanawiamy zobaczyć dwa klasztory: Wszystkich Świętych i Wielki Meteor. Obydwa imponują zarówno wielkością, jak i widokami które sie z nich roztaczają. Trudno uwierzyć, że to dzieło rąk ludzkich.

Dzień 32
Po noclegu na placu budowy ruszamy w kierunku Lami. Droga początkowo przypomina stepy z amerykańskich filmów, nie możemy uwierzyć, że w Grecji może być tak płasko! W Karditsie mamy okazje spróbować lokalnego ciasta nadziewanego orzechami, które otrzymujemy od przyjaciółki naszego fotografa. Niestety, wspomniane równiny bardzo szybko przeobraziły sie w wysokie pasma górskie, które dały nam w kość. Podczas poszukiwania noclegu trafiamy na zakład wulkanizacyjny, okazało się jednak, że ma innych lokatorów- szczury. Ruszamy dalej w poszukiwaniu czegoś bardziej przyjaznego :)

Dzień 33
Odwiedzamy słynne Termopile, gdzie 300 Spartan heroicznie broniło sie przed wielką armią perską. Ciężko uwierzyć, że to miejsce było wąskim przesmykiem o ogromnym znaczeniu strategicznym. Współcześnie zbocza gór nie są zbyt trudne do pokonania, a odległość od morza jest na tyle duża, ze spartanie nie byliby w stanie stawić czoła armii Kserksesa  - króla Persji. Termopilna to lecznicze gorące źródła, w których zażyliśmy kąpieli. Co prawda zapach siarki nie jest zbyt przyjemny, ale warto choć na chwilę wejść pod gorący wodospad. Nocleg spędzamy w gaju oliwnym, których w Grecji nie brakuje.

Dzień 34
Wjeżdżamy do Delf gdzie w muzeum podziwiamy wykopane pozostałości greckich świątyń. Niedaleko znajduje sie reszta kompleksu Delf, gdzie można zobaczyć ruiny ogromnej świątyni Apolla, w podziemiach której znajdowała się słynna wyrocznia. W pobliżu widzieliśmy pozostałości starożytnego teatru mieszczącego 5000 widzów, którzy oprócz sztuki mogli podziwiać malownicze widoki rozpościerające sie w tle. Po drodze odwiedzamy także świątynię Ateny, która zbudowana została na miejscu gdzie kilka tysięcy lat temu Grecy oddawali cześć Matce Ziemi. Tym razem noc spędzamy w małej, lokalnej wytworni wina, gdzie gospodarze częstują nas butelka swojego specjału.

Dzień 35
Noc w winiarni nie trwa długo. Wstajemy przed świtem, ponieważ praca dla naszych gospodarzy rozpoczyna sie od samego rana (6:00). Ma to jednak swoje plusy - około godziny 15 mamy juz przejechane ponad 125 km. Mamy więc czas, by odpocząć w Elesfinie. Podczas krótkiego odpoczynku przed kościołem, mieliśmy okazje zobaczyć jak wygląda chrzest w obrządku grekokatolickim, a rodzice chrzestni częstują nas lodami oraz dają mały prezent, który każdy z gości dostaje na pamiątkę tego wydarzenia. Pod koniec dnia przejeżdżamy jeszcze kilka kilometrów by być bliżej greckiej stolicy.

Dzień 36
Rankiem pokonujemy bardzo ruchliwa drogę wiodącą do Aten. Ogrom miasta i gwar na ulicach powodują, że tracimy orientacje, a tym samym gubimy drogę. Drogowskazem okazuje sie być skarb antycznej Grecji  - Akropol. Sam Akropol zachwyca swoja monumentalnością. Rysą na szkle są jednak rozstawione dookoła rusztowania i dźwigi, które psuja klimat tego miejsca. Swego czasu budowa Świątyni Ateny pochłonęła niebagatelną kwotę 12 mln drachm, co stanowiło czteroletni budżet Związku Morskiego Aten. Na szczęście my jako studenci, mogliśmy zobaczyć to wszystko za darmo. Wieczorem na ulicach słuchać krzyki oraz huk petard- zwiastun jutrzejszego strajku.

Dzień 37
Opuszczamy hostel "Zeus" i udajemy sie na dalsze zwiedzanie Aten. Pierwszym punktem na naszym planie jest Świątynia Zeusa, a właściwie jej pozostałości, bo do tej pory zachowało sie tylko 16 ze 104 kolumn. Kolejny etap zwiedzania to Nowe Muzeum Akropolu, które zachwyca ilością zbiorów oraz innowacyjną architekturą - szklana podłoga pozwala zobaczyć fundamenty dawnych zabudowań, a z najwyższego pietra rozpościera sie piękny widok na Akropol. Muzeum to cieszy sie dużą popularnością wśród turystów - stanie w kolejce do kasy zajmuje 45 min. Z muzeum udaliśmy się pod Parlament na tradycyjną zmianę warty. Wokół kręciło się wielu policjantów, którzy przygotowywali sie na zapowiedziane strajki związane z wprowadzeniem planu oszczędnościowego. Ostatnim punktem na naszej turystycznej mapie był Pałac Zappion, w którym Polacy podpisali traktat akcesyjny do Unii Europejskiej. Wieczorem udajemy sie do Pireusu, skąd odpływamy na Kretę.

Dzień 38
Na Kretę przypływamy po 8 godzinach rejsu, tj. około 5 rano, dzięki temu możemy zwiedzić Chanie zanim pojawia sie turyści. Wieczorem po pokonaniu blisko 1500 metrów przewyższeń docieramy do Hora Sfakion skąd chcemy w czwartek złapać prom na Gavdos. Jednak już wieczorem miejscowi gaszą  nasz zapał i mówią, że promy z tej miejscowości nie pływają na Gavdos.

Dzień 39
Rankiem weryfikujemy pesymistyczne wieści od Kreteńczyków, które niestety okazują sie prawdą. Wobec zaistniałej sytuacji zostajemy zmuszeni do znalezienia alternatywnego rozwiązania. W biurze przewoźnika dowiadujemy się, że najbliższy prom odpływa w poniedziałek, ale z innej miejscowości. Decydujemy sie tam dotrzeć. Reszta dnia upływa nam w sielankowej atmosferze- odpoczywamy na plaży.

Dzień 40, 41, 42
W piątek płyniemy promem do Ag. Roumali, gdzie będziemy musieli zostać do poniedziałku w oczekiwaniu na statek. Trzy noce spędzamy w grocie skalnej tuż nad brzegiem morza. W pobliżu naszego domostwa, znajduje się plaża nudystów. Podczas tych 3 dni nie tylko plażujemy, ale wytrwale zwiedzamy! Udajemy sie do jednego z najdłuższych wąwozów w Europie - Samarii. Po przejściu wąwozu (łącznie w obie strony 30 km) zmęczenie daje sie nam we znaki.

Dzień 43
W końcu wsiadamy na upragniony prom, który ma nas zawieźć do celu naszej podróży - wyspy Gavdos. Już na wstępie kapitan informuje nas, że będzie wracał kilkanaście minut po dotarciu do portu, zamiast po 2 godzinach, tak jak to wynikało z rozkładu. Krzyżuje nam to nasze plany, bo najbliższy prom powrotny jest w środę, a w dodatku uzależniony jest od pogody. Postanawiamy zaryzykować i za wszelka cenę zdobyć kraniec Europy. Wieczorem docieramy juz bez rowerów (do celu prowadzi kreta, kamienista ścieżka) do najbardziej na południe wysuniętego punktu Europy. Naszym oczom ukazuje się upragniony widok, charakterystyczne dla tego miejsca krzesło. Radość z osiągniętego celu przez długi czas nie pozwala nam zasnąć.

Dzień 44
Po noclegu na tarasie tawerny, nad brzegiem morza, postanawiamy zwiedzić wyspę. Po przejechaniu jej wzdłuż i wszerz na licznikach ukazuje sie niewielka cyfra 23 km. Czujemy sie tutaj jak na bezludnej wyspie - po drodze mijamy kilka domków oraz szkołę do której uczęszcza 6 dzieci. Dowiadujemy się, że na wyspie mieszka tylko 50 osób. Wiele ze spotkanych osób to hipisi. Po południu postanawiamy udać sie na posterunek policji, gdzie urzęduje 1 policjant, by dowiedzieć sie jaka będzie pogoda następnego dnia. Niestety, nie uzyskujemy tej informacji, gdyż policjant nie może włączyć komputera, ponieważ posterunek jest zasilany energia słoneczną. Na 340 dni słonecznych, akurat ten dzień był pochmurny. Złośliwość losu!

Dzień 45
Wstajemy bardzo wcześnie, by po raz ostatni na południowym skraju Europy nacieszyć oczy widokiem wschodzącego słońca, zakosztować kąpieli w morzu i zebrać drewno na poranne gotowanie. Następnie przejeżdżamy pół wyspy (czyli około 4 kilometry!) by dojechać do portu, gdzie musimy poczekać na prom, który z powrotem zabierze nas na Kretę. Punktualnie o 14 opuszczamy Gavdos szczęśliwi, bo udało nam się osiągnąć nasz cel i zadowoleni że prom przypłynął, a był to ostatni kurs przed naszym wylotem do Polski. Po blisko 4 godzinach dopływamy do Sougii, a stąd czeka nas jeszcze długa droga do Hani - ponad 70 kilometrów po kreteńskich górach. Na szczęście pogoda nam sprzyja - jest ciepło, a księżyc świeci na tyle jasno, że nie musimy używać lampek, niestety góry wymagają od nas dużego wysiłku, a my już przyzwyczailiśmy się do błogiego lenistwa... Mimo tego konsekwentnie jedziemy dalej, a na nocleg docieramy przed pierwszą w nocy. Nagrodą za wysiłek są pyszne, soczyste pomarańcze, które jemy jako podwieczorek.

Dzień 46
Kolejny dzień w który musimy wstać równie wcześnie co słońce. Tym razem planujemy dojechać do Heraklionu, a sama trasa liczy około 150 kilometrów, a po drodze jeszcze tyle ciekawych miejsc do zobaczenia... Ku naszemu zdziwieniu północ Krety jest o wiele mniej górzysta niż południe dzięki temu udaje nam się wygospodarować trochę czasu by zwiedzyć Rethymne. Miasteczko to chciało kiedyś konkurować z Chanią i Heraklionem, ale wybudowany port po pewnym czasie zaczął się zamulać co stwarzało zagrożenie dla większych jednostek. W związku z tym lokalne władze postawiły na turystykę i obecnie jest to jeden z większych kurortów turystycznych na Krecie, po jego zwiedzeniu ruszamy w dalszą drogę aby koło godziny 21 zobaczyć wreszcie nocną panoramę Heraklionu. Decydujemy, że noc lepiej będzie spędzić na obrzeżach miasta, więc zostajemy na pierwszej napotkanej plaży.

Dzień 47
Wjeżdżamy do Heralkionu, a po drodze na jednej ze stacji bierzemy prysznic. Podczas całej wyprawy mieliśmy okazję zauważyć jak nieostrożnie, a czasami wręcz szaleńczo jeżdżą Grecy, a dziś byliśmy bezpośrednimi świadkami stłuczki - motor uderzył w tył samochodu stojącego na światłach. Na szczęście nic poważnego poza stratami materialnymi się nie stało. Heraklion jest stolicą Krety i daje się to od razu odczuć - potwornie duży ruch i bardzo dużo uliczek jednokierunkowych. Droga do centrum miasta została wykuta w XVII wiecznych murach, które miejscami mają aż 40 metrów grubości! W ówczesnym świecie była to jedna z największych fortyfikacji. Najciekawszym zabytkiem jest kościół Tytusa, w którym znajdują się pięknie rzeźbione elementy drewniane m.in. ołtarz, konfesjonały oraz żyrandol. Piątek to dzień na który przypadł strajk rolników. W przeciwieństwie do polskich strajków tutaj panuje pełna sielanka i spokój, a z głośników można usłyszeć przyjemną i wesołą muzykę. W jedynym kościele katolickim spotykamy się z księdzem Danielem, który opowiada nam o Grecji, Grekach i paradoksach, które rządzą krajem. Od księdza uzyskujemy również wsparcie na rzecz Marioli. Nocleg znajdujemy w pracowni kamieniarskiej, która okazuje się dość pechowa, bo w nocy ktoś rzuca do nas ćwierćkilogramowymi kawałkami marmuru. Decydujemy się poinformować policję i poszukać innego, spokojniejszego miejsca.

Dzień 48
Ostatni dzień na Krecie! Jedziemy zwiedzić pałac w Knossos, który usytuowany jest raptem 5 kilometrów od centrum Heralionu. Pałac imponuje swoją wielkością i rozwiązaniami architektonicznymi - miał 5 poziomów, około 1,5 tyś. pomieszczeń, własny system kanalizacji a wszystko to wybudowano 4000 lat temu! Oryginalnie zachowane malowidła można zobaczyć w muzeum w Herklionie, w pałacu zastąpiono je reprodukcjami. Po zwiedzeniu pałacu robimy ostatnie zakupy i wyruszamy na lotnisko. Mamy szczęście bo kilkanaście minut później zaczyna padać. Pakowanie zajmuje nam całą noc, bo nie możemy uzyskać precyzyjnych informacji co do wagi bagażu głównego i podręcznego a także tego jak spakować rowery.

Dzień 49
Idziemy do odprawy jako pierwsi, bo nie wiemy czy nie będzie problemu z rowerami. Nasze obawy są niesłuszne wszystko idzie gładko i powoli, rowery nadajemy dopiero 15 minut przed planowanym odlotem. Po niespełna trzech godzinach loty lądujemy w ojczyźnie! Po 49 dniach podróży, odwiedzeniu 7 państw i przejechaniu 3600km, wróciliśmy do domu.

Copyright 2010 www.rowerytyniec.pl